| Wierność nadziei |
|
|
|
|
Maria Rytel
W ostatnich tygodniach w naszych rozmowach często pojawiał się temat oczekiwań. Zamyśliłam się nad nim… bo nie jest on wcale prosty.
Patrząc na Ewangelię, przypominam sobie tylko raczej negatywne odniesienia. Matka synów Zebedeusza – oczekiwała, że Jezus wyróżni jej synów. Uczniowie idący do Emaus spodziewali się tak wiele po Mistrzu. Apostołowie jeszcze podczas Ostatniej Wieczerzy, nic nie rozumiejąc, pytają Jezusa, czy przywróci wreszcie królestwo Izraela. Przed zesłaniem Ducha Świętego nie byli w stanie oderwać się od swoich wyobrażeń – a one okazały się ostatecznie błędne… To nie dlatego, że apostołowie byli źli. Mieli pełno dobra w sobie, otwarte serca, poszli za Jezusem, pragnęli prawdziwego życia. Jednak ich wyobrażenia o tym życiu nie były dojrzałe, nie przystawały do osoby Mistrza – tego, którego nie wybrali, lecz On sam ich wybrał. Ojciec Thomas Philippe (duchowy ojciec i inspirator wspólnoty Arka Jeana Vaniera) w książce Wierność Duchowi Świętemu napisał, że często gubimy natchnienia Ducha Świętego dlatego, że rozwijamy je za pomocą naszej wyobraźni. Pan daje nam jakieś światło, małe czy większe wezwanie, a my od razu rozdmuchujemy je swoimi wyobrażeniami, nie pozwalając mu dojrzeć. Myślimy, jak je ugryźć, co z nim zrobić, o co chodzi… Nie zostawiamy miejsca na Boże działanie. A pedagogia Ducha Świętego – według obserwacji o. Philippe’a – jest taka, że czym innym jest łaska natchnienia, w której Bóg nas do czegoś zaprasza, a czym innym łaska męstwa, która nas uzdalnia do zrealizowania tego wezwania. Nie przychodzą one jednocześnie. Pomiędzy nimi jest przestrzeń i czas ćwiczący w nas cierpliwość. Czas wiary i nadziei. To nadzieja jest słowem-kluczem. Jest słowem otwartym na działanie Boga. Skupiając się na oczekiwaniach, chcąc nie chcąc tworzymy sobie pewną wizję. I jest to niestety nasza własna wizja, zatrzymująca nas na samych sobie. Nawet jeśli mówimy, że chcemy pełnić wolę Boga, jednocześnie przeszkadzamy Mu działać, stawiamy Mu ograniczenia, spodziewając się od Niego (jedynie) wypełnienia naszych oczekiwań. Tę samą miarę przykładamy do bliskich nam osób. Jeśli dziecko będzie tylko wypełniało oczekiwania swoich rodziców, nigdy nie odkryje, kim jest, nie pozna swojej tożsamości, nie będzie szczęśliwe – nawet jako dorosły. Jeśli rodzice tylko wymagają od dziecka spełnienia swoich oczekiwań, nie zobaczą daru, który otrzymali. Jeśli mam wobec mojego przyjaciela wiele oczekiwań, być może nie będę mógł zobaczyć pełni jego człowieczeństwa. To coś zupełnie innego niż pragnienia. Pragnienia określają naszą tożsamość, wiele razy są wezwaniami Boga, są sposobem, w jaki objawia On swoją wolę. Często pojawiają się jak nasionko w ziemi, kiełkują i rosną, stając się coraz dojrzalsze. Pragnienia wielokrotnie przechodzą przez próbę czasu, próbę wierności, cierpliwości i wytrwałości. Te, które odpadną, nie były prawdziwymi pragnieniami serca, lecz jakimiś chwilowymi zachciankami. Oczekiwania przypominają raczej marzenia, zamykające nas w jakimś wyobrażeniu. Żyjąc marzeniami, traci się wiele okazji do zmiany swojego życia. Nie żyje się swoją realnością, nie żyje się teraźniejszością, lecz wciąż jakby pomijało się to, co jest, odrzucając na rzecz tego, co ma się wydarzyć; traktując moje teraz tylko jako niewygodny etap na drodze do upragnionego jutra. Taka postawa sprzyja ciągłemu rozczarowaniu. Marzenia, które się nie spełniają, stają się źródłem zawiedzenia, smutku i rozterki. A nadzieją zawieść nie może. Bo jest ona otwarciem na Boga, zawierzeniem Mu swojego życia, przyzwoleniem na Jego działanie. Jest jak otwarte okno, przez które może się do mojego serca przedostać wiew Ducha Świętego. Bardzo blisko spokrewniona z ufnością, nie troszczy się zbytnio o jutro, lecz weseli się z tego, co jest. Bynajmniej nie polega to na tym, by myśleć, że wszystko będzie dobrze, bo w chrześcijaństwie wcale nie chodzi o optymizm. Chrześcijaństwo jest jednak właśnie religią nadziei. Ona, nie odrzucając krzyża, ufa, że cokolwiek się wydarzy, jest to w Bożych rękach. Wcale nie jest łatwo wytrwać w nadziei. Co rusz atakują nas zwątpienia, kolejne wydarzenia powszedniości – właśnie ta uciążliwa codzienność skutecznie mąci nasz pokój serca. Nadzieja jest jednak o wiele głębiej niż wszystko to, co ją narusza. Potrzebujemy ćwiczyć się w rozpoznawaniu powierzchowności naszych niepokojów i w dostrzeganiu tego, co jest wewnątrz, co jest na samym dnie serca. Ufam, że w każdym z nas mieszka tam zdolność zawierzenia. Wciąż myślę o Maryi. Ona nie miała oczekiwań. Była całkowicie oddana Bożej woli i nigdy – od tego pierwszego fiat przy spotkaniu z aniołem – nie decydowała, co się z nią będzie działo. Była za to pełna nadziei – tak jak ta z jednego z moich ukochanych wizerunków, Matka Boża Jamneńska w zielonej sukience – zwana Matką Niezawodnej Nadziei… |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|






